Odwiedziny w San Francisco były miłą odmianą po dwóch tygodniach spędzonych z Matką Naturą za pan brat. Z trzech dużych miast, które odwiedziliśmy w czasie pobytu na zachodnim wybrzeżu SF podobało mi się najbardziej. Ja się chyba nim zachwycam najbardziej. Być może dlatego, że wiem z doświadczenia, że naprawdę warto poświęcić chwilę na poczytania o historii, o ważnych i interesujących miejscach, a później je zobaczyć i poczuć atmosferę. Tak było na przykład z polską Łodzią - szare przemysłowe miasto, ale po kilku wnikliwych spacerach i przeczytaniu tego i owego odkryłam jego uroki.
A San Francisco jest ... różnorodne, to chyba najlepsze słowo. Znajdziecie tutaj najbardziej charakterystyczną część finansową z drapaczami chmur i szklanymi elewacjami. Tutaj niestety widziałam najwięcej biedaków na ulicach, na których mieszkańcy w ogóle nie zwracają uwagi. Co ważne oni wcale nie żebrzą tylko po prostu są - śpią na chodnikach, na przystankach, siedzą pod wejściem do drogich hoteli czy sklepów. Przykre, ale prawdziwe. Do tego część portowa - Fisherman's Wharp gdzie można poczuć się trochę jak na deptaku nad polskim morzem. Sporo ludzi, sporo małych knajpek z seafood, foki, piękny widok na Alcatraz i bezczelne mewy, które prawie do talerza podchodzą, żeby coś skubnąć na przekąskę. Całkiem niedaleko jest dworzec portowy, z którego można metrem lub łodzią przepłynąć na drugą stronę zatoki. Na zachód widać ikonę miasta - most Golden Gate. Złote wrota są naprawdę sporych rozmiarów, ale nie ma co się dziwić - w końcu to Ameryka. Chcieliśmy przejść się przez cały most, ale 45 minut wystarczyło na dojście nawet nie do środka i powrót. Zawitaliśmy tutaj jeszcze wieczorem, aby zrobić kilka zdjęć z oświetleniem. No i część miasta gdzie mieszkaliśmy, niedaleko oceanu, za Japan Town - małe charakterystyczne domki i uliczki ciągnące się po horyzont. Gdzie po drodze zwiedziliśmy China Town i park rekreacji z polem golfowym, terenem do gry w polo, bizonami. Popularne jest bardzo oglądanie zachodu słońca - ciężko w Europie o taki widok - słońce zachodzi na wprost nas, a na plaży unosi się zapach palonej trawki:). I dzielnica, która mnie urzekła czyli Castro. To tak po krótce, a teraz zdjęcia - zapraszam.







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz