Zdarza się, że jadę na wycieczkę do niedalekiego (patrząc z mojego Kiełczowa) Jelcza-Laskowic. W ostatnią niedzielę zabrałam pędzle i kredki i wyruszyłam do kolegi Artura, który spodziewa się jeszcze w tym miesiącu zapełnienia pustych pokoi przez dwie maleńkie istoty, które na tą chwilę siedzą jeszcze w brzuchu u mamy.
Niebawem świat powiększy się o dwie dziewczynki:) i dlatego dla nich właśnie na ścianach zamieszkała żyrafa, a zza drzwi do komórki wyglądają już trzy zwierzaczki. Malunki jak pewnie pamiętacie już się raz na tym blogu pojawiły – też są w Jelczu, ale w pokoju chłopca – u Franka. I z racji faktu, że malunki szybko poszły odwiedziłam również i jego i rodziców. Franek rośnie jak na drożdżach chociaż w sumie to powinnam napisać wydłuża się. To jest pierwsze dziecko, które widziałam z takimi szkitkami – długie nóżki, długie rączki i długie paluszki, a chudzina jakich mało. Na charakterystyczne dla niemowlaków udka – obwarzanki nie ma co liczyć! Franek widać, że szczęśliwy, rodzice też i chyba zeszło z nich takie pierwsze „przejęcie” z racji nowej osóbki w domu. Generalnie radzą sobie:). Oddają nawet dziecko na spacery babciom i ciotkom:). A jak teraz wygląda Franio zobaczcie sami – zdjęcia musiały być, bo tata – Piotrek chyba żyć by mi nie dał:)




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz