Nowa Zelandia jest jak świat w pigułce. Lecę z Polski kilkadziesiąt godzin w nieznane i na miejscu okazuje się, że pragnienie zostania tutaj jest większe niż powrotu do kraju. To zdaje się po raz pierwszy, gdy jakieś miejsce robi na mnie aż takie wrażenie. Nowa Zelandia pozwala się w sobie rozkochać z każdym kolejnym krokiem, gdy przemierza się ten zielony zakątek na samym końcu świata, bo dalej się już nie da. Na dwóch małych wyspach po drugiej stronie globu ochota na każdy krajobraz zostaje zaspokojona. Tutaj wszystkie widoki są na wyciągnięcie ręki - przepiękne piaszczyste plaże z kąpielą w turkusowo-granatowym Pacyfiku, geologiczne ciekawostki drażniące nozdrza geotermalnymi wyziewami w okolicach Rotorui, stożki wulkaniczne wyjęte niczym z podręcznika geografii, obcowanie z wielorybami, fokami i podziwianie szczęśliwych stad krów i owiec, cudowne ośnieżone szczyty Alp, wodospady, fiordy i jaskinie zamieszkałe przez świecące małe punkciki larw muchówek. I ta przyroda nietknięta prawie przez człowieka. Gdzieniegdzie tylko nadgryziony kawałek lądu przez cywilizację - niska zabudowa, trochę sklepów małych i mniejszych, kilka marketów, a w tym wszystkim przemili i otwarci ludzi. Kraj idealny i na samo wspomnienie tych wszystkich miejsc długo jeszcze żal będzie się pojawiał, że to już przeminęło. Może kiedyś jeszcze raz? :)

.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz