piątek, 13 kwietnia 2012

Czwartek, 12.04.2012

Pożegnanie z Morzem Czarnym. Dziś ostatni spacer bulwarem i po południu wycieczka pociągiem do Tbilisi. W Batumi nadal pogoda pod psem, ale nie zraża nas to do przejścia się na ulicę Kaczyńskich. Po spacerze obiad w knajpie z ulotki. Knajpa jakich wiele w Gruzji - na każdym kroku jest jakaś jadłodajnia. Wygląd czasem zastanawia czy aby właśnie tutaj należy cokolwiek spożywać. W środku zazwyczaj sami Gruzini i spotkać ich o 10 rano jak siedzą przy suto zastawionym stole, jedzą, palą (nie ma tutaj zakazów żadnych w tym temacie) i piją wódkę to żadna ekstrawagancja.
I to oczywiście mężczyźni:). W tych knajpach często są oddzielne salki z większym stołem na takie mini przyjęcia czyli supry. W takiej salce zjadamy obiad. Karta po gruzińsku i rosyjsku czyli w praktyce zamawiamy to, czego nie znamy, a nazwa nic nam nie mówi. Kelner oczywiście nie mówić po angielsku:). Efekt jest zawsze ten sam - jedzenie jest rewelacja, mięsa są właściwie bez tłuszczu, sałatki z prawdziwymi pomidorami o smaku pomidorów, a nie jakieś wodniste coś a la Unia Europejska. Piwo zimne, lemoniada słodka. Rachunek jak zwykle - maks 100 zł za naprawdę spory obiad z napitkiem dla czterech osób. A później spacerem do hotelu i na dworzec. Wracamy drugą klasą. W przedziale około 80 osób w tym chyba wszystkie dzieci tego kraju. Do tej pory zauważyliśmy, że ciężko dojrzeć gdziekolwiek dzieciaki i nie ma kobiet w ciąży i nie ma też ludzi spacerujących z wózkami. A w pociągu mamy latorośli aż nadto. Do tego jedzie z nami prawdziwy okaz - rudy Gruzin i dwie farbowane na blond Gruzinki. Może to się wydaje dziwne, ale naprawdę ciężko tu spotkać kogoś o innym kolorze włosów niż ciemnobrązowe. W pociągu non stop hałas i zaduch. Nikt nawet nie wpadł na to, żeby otworzyć cztery miniokienka. Chyba tak po prostu lubią:). Na całe szczęście papierosy palą tylko na korytarzu. Tutaj jeden wagon to jeden przedział. Wszyscy podróżują razem. Jest klimat jednym słowem:). Patrzą na nas dziwnie i słuchają pewnie zastanawiając się z jakiegoż to kraju jesteśmy. Zostałam raz nawet zapytana czy jestem Niemką!!:) Najczęście myślą, że z Rosji po czym jak się dowiadują, że nie ponimaju czy jak to tam jest to jest znak zapytania. Polsza, Polsza, da da. I się rozmowa kończy, bo tutaj angielskiego 99,9% ni w ząb, a język gruzińki jest bardzo specyficzny i nie przypomina żadnego innego. Już sam fakt, że mają zupełnie odmienny alfabet utrudnia. W knajpach zazwyczaj jest tylko jedna karta po angielsku i gruzińsku - kelnerce pokazujemy coś po angielsku, a ona przejedża palcem na gruzińskie tłumaczenie. Nie jesteśmy nawet pewni czy oni tutaj w szkołach uczą się naszego alfabetu. Część mówi po rosyjsku, ale my raczej niespecjalnie. W każdym razie da się dogadać nie znając swoich języków. Istnieje po prostu turystyczna nić porozumienia:).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz