Codziennie rano sprawdzamy pogodę we Wrocławiu - tutaj jest stanowczo inna strefa klimatyczna z czego bardzo się cieszymy:). Dzisiaj w planie druga odsłona Tbilisi - kierujemy się na drugi brzeg rzeki Mtławy i wędrujemy ulicą Lwa Tołstoja. Po drodze mijamy spory pchli targ gdzie kupić można oczywiście wszystko. Sporo ludzi jak na niedzielę, ale za chwilę przekonujemy się, że w Gruzji w weekendy to tylko banki mają wolne, a cała reszta normalnie pracuje. Przemierzamy trasę wśród odrapanych kamienic, ciągle słychać trąbienie - na nas trąbią chyba wszystkie taksówki i marszrutki tego miasta, a dodatkowo trąbią też inne auta ot tak sobie. Jednym słowem ruch i hałas. Ja oczywiście uwieczniam szarość tej dzielnicy po czym ni stąd i zowąd ukazuje się naszym oczom rondo z pięknie odnowionymi budynkami i McDonaldem!!Idziemy zajrzeć - kupuję McFlurry - to już tradycja:). Zachwyceni widokiem idziemy dalej ulicą Aghmashenebeli. Wzdłuż same sklepy z wyższej półki, banki i teatry. W ogóle teatry i muzea są tutaj na każdym kroku, a nawet mam mapkę miasta gdzie zaznaczone są tylko one i nic więcej:). Ulica piękna, ale oczywiście jej urok kończy się z nienacka na kolejnym rondzie, jak to w Gruzji. Tutaj wszystko jest nieobliczalne. Idziemy na obiad - musimy pokonać mega duże skrzyżowanie oczywiście przebiegając przez nie. Roboty drogowe krzyżują nam plan i jak na azymut - chodnika brak, my idziemy, cel trzeba zdobyć. Nagle zatrzymujemy się w miejscu gdzie pozostaje nam jedynie przebiegnięcie przez baaarrrddzooo ruchliwą ulicę. Próbuję i zawracam. Jakaś masakra! Podjeżdża policja - na moje pytanie czy mówią po angielsku nie reagują jakbym była powietrzem, ale jeden wyłazi z auta, parę słów, kuda kuda, Polsza i jesteśmy w domu. Drogę nam wskazuje, dziękujemy i podążamy nią. Jednak ta policja się do czegoś przydaje - nie tylko śpią w nocy w autach na skrzyżowaniach... Plac Rustaveliego - tutaj obiad i chinkali. Specyficzne pierożki-sakiewki z różnym nadzieniem. Ciasto przypomina bardzo nasze pierogowe. Powinno się je jeść trzymając sakiewkę za specjalny ogonem, nadgryźć u spodu, wypić sos i dopiero dobrać się do środka. Do tego oczywiście piwko i idziemy dalej. Wracamy do hostelu, wieczorem mamy w planie kolację w poleconej knajpce. Tam idą z nami inni hostelowi goście, wino rozwiązuje języki, jedzenie pychota! Przy jednym stole Polacy, Niemka, Francuz, Amerykanie, Brazylijczycy, Chilijczycy.... I jest pięknie:). Jest klimat, a to najważniejsze. Knajpa prowadzona jest przez Gruzinów, serwują jedynie lokalne dania - próbujemy bakłażana z nadzieniem, kolejnej potrawy z mięsem a la nasz klops i frytkami smażonymi chyba w mega głębokim tłuszczu, zupy z mięsiwem i wielkimi okami i oczywiście chinkali po raz kolejny. Do tego wino podane w plastikowych butelkach po wodzie - domowej roboty. Uciekliśmy zanim wszystkim zaczęło szumieć w głowie i na deser na lody już wypróbowane:). I do wyrek - jutro poranne wstawanie, wyruszamy w Gruzję!
![]() |
| dobre miejsce do parkowania nie jest złe |
![]() |
| McFlurry po gruzińsku |










:)
OdpowiedzUsuń