I można? Można! Znalazłam kolejne swoje miejsce na ziemi. Trochę
daleko z mojego San Francisco, ale da się zrobićJ.
San Gimignano! Przepiękne miasteczko w górach, czerwone dachy, stare mury,
wąskie uliczki. Spacerować tędy – bezcenne. Turysty są, ale mniej niż w
pozostałych miastach, które odwiedziliśmy. No a Florencja…. Przez wizytę w niej
wycieczka do Rzymu spada na koniec mojej listy marzeń. San Gimignano jest
kameralne, nieco zimne ze względu na mury, ale baardzoo klimatyczne.
Bardzo w
moim klimacie:). Małe
knajpki, małe sklepiki. Znana na całym świecie lodziarnia, w kolejce do której
za nami ustawia się para młoda ze swym orszakiem. Ślubów tutaj od groma. Lody
oczywiście figowe i lawendowe:).
Należy próbować nowych smaków. A po spacerze w tym przepięknym zakątku jedziemy
do Volterry gdzie zaskakują prawie puste ulice. Próbuję nabyć biżuterię z
alabastru – odmiany gipsu z tych stron. Szkoda, że w każdym sklepie jest to
samo aż zaczynam wątpić czy ten alabaster to stąd czy może made in China. Najważniejsze, że stare mury pozwalają odetchnąć. Trochę zdjęć
w wąskich uliczkach, trochę okiennic i prania nad głowami i wracamy na kemping.
Jutro żegnamy Italię i witamy Francję.| oczywista oczywistość:) |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz