niedziela, 16 września 2012

Środa 12.09.2012 FLORENCJA


Dzień prawdziwego zwiedzania – Florencja. Wiem, pomarudzę, bo nie przepadam za dzikim spędem na każdym kroku, a tak jest niestety we Florencji. Cała masa turystów. Zabytki ok, dla mnie osobiście bez szału. Historia zapisana w muzeach nie przemawia do mnie. Wolę wersję posiedzenia przy kawie i poobserwowania ludności niż płacenie za wstęp do każdego kościoła 8 Euro, aby pooglądać malunki z czasów renesansu. Nie mój klimat.
Dopiero jak zboczyłam z głównej trasy dla zwiedzaczy czego nie było w planie przewodnika, poczułam klimat tego miasta. Spokój, wąskie uliczki, skutery i rowery. A wokół rzemieślnicy – mapy drukowane ręcznie, pan wyprawiający skórę na buty, stolarz. Małe knajpki z pizzą i makaronem. To jest to. Prawda o mieście i jego klimat nie tkwią w zabytkach, o obfotografowanie których wszyscy się biją i rozpychają łokciami. Tkwi w tych miejscach, o których przewodnik nie wspomina. Tkwi w jedzeniu – dziś na przykład spróbowałam prawdziwej włoskiej lasagne, do tego wjechały na stół grillowane krewetki w towarzystwie bakłażana i papryki oraz risotto z pleśniowym serem i szparagami. Smaki Włoch – w nich zapisany jest klucz do tajemnicy tej części Europy. W ziołach, w oliwie, w makaronie i metodzie ich przyrządzania. W winie.
Florencja odhaczona, przyznam brzydko. Na razie Toskania rozczarowuje mnie. Możliwe, że za dużo się naczytałam i nasłuchałam zachwytów nad tym rejonem. Możliwe, że na razie nie trafiłam tam, gdzie klimat i urok tego miejsca czuć naprawdę. Możliwe, że jutro będzie lepiej. 






tak, wiem, krzywo, se ne da inaczej!


spotkaliśmy znajomego z Polski:)




a taki przerywnik:)







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz