Dzień prawdziwego zwiedzania – Florencja. Wiem, pomarudzę,
bo nie przepadam za dzikim spędem na każdym kroku, a tak jest niestety we
Florencji. Cała masa turystów. Zabytki ok, dla mnie osobiście bez szału.
Historia zapisana w muzeach nie przemawia do mnie. Wolę wersję posiedzenia przy
kawie i poobserwowania ludności niż płacenie za wstęp do każdego kościoła 8
Euro, aby pooglądać malunki z czasów renesansu. Nie mój klimat.
Dopiero jak
zboczyłam z głównej trasy dla zwiedzaczy czego nie było w planie przewodnika, poczułam
klimat tego miasta. Spokój, wąskie uliczki, skutery i rowery. A wokół
rzemieślnicy – mapy drukowane ręcznie, pan wyprawiający skórę na buty, stolarz.
Małe knajpki z pizzą i makaronem. To jest to. Prawda o mieście i jego klimat
nie tkwią w zabytkach, o obfotografowanie których wszyscy się biją i rozpychają
łokciami. Tkwi w tych miejscach, o których przewodnik nie wspomina. Tkwi w
jedzeniu – dziś na przykład spróbowałam prawdziwej włoskiej lasagne, do tego
wjechały na stół grillowane krewetki w towarzystwie bakłażana i papryki oraz
risotto z pleśniowym serem i szparagami. Smaki Włoch – w nich zapisany jest
klucz do tajemnicy tej części Europy. W ziołach, w oliwie, w makaronie i
metodzie ich przyrządzania. W winie.
Florencja odhaczona, przyznam brzydko. Na razie Toskania
rozczarowuje mnie. Możliwe, że za dużo się naczytałam i nasłuchałam zachwytów
nad tym rejonem. Możliwe, że na razie nie trafiłam tam, gdzie klimat i urok
tego miejsca czuć naprawdę. Możliwe, że jutro będzie lepiej.
 |
| tak, wiem, krzywo, se ne da inaczej! |
|
 |
| spotkaliśmy znajomego z Polski:) |
|
 |
| a taki przerywnik:) |
|
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz