niedziela, 1 września 2013

Naturalne kosmetyki

Wracam tym postem do tematu pielęgnacji skóry z wykorzystaniem dobrodziejstw natury. W pierwszym poście - http://neverstopexploringnsea.blogspot.com/2013/05/piekne-olejki.html - opisałam metody oczyszczania skóry. W tym będzie kilka słów o kremach, maseczkach i peelingach. 
Moje wrażenia odkąd zaczęłam stosować kosmetyki nie zawierające chemii wszelkiego rodzaju sprowadzają się do jednego - warto, bo skóra zupełnie inaczej wygląda i funkcjonuje. Od kilku miesięcy w mojej codziennej pielęgnacji pierwsze miejsce ma savon noir do mycia twarzy i mydło Aleppo, które zastąpiło żel do mycia ciała. Zrezygnowałam też z kosmetyków "firmowych" do pielęgnacji skóry twarzy - odstawiłam wszelkie toniki, mleczka do demakijażu i znane z reklam kremy. Moja skóra odkąd pamiętam przysparza mi kłopotów więc tym bardziej cieszę się, że późno, ale jednak udało mi się odkryć kremy, które radzą sobie doskonale z niedoskonałościami.


Od dwóch miesięcy stosuję krem koreańskiej firmy Mizon produkowany na bazie śluzu ślimaka. Tak, wiem jak to brzmi i teraz pojawia się grymas niedowierzania na Waszej twarzy, ale wierzcie mi, krem jest skuteczny i wart uwagi. Praktycznie bezzapachowy, o konsystencji żelu, dobrze się wchłania. Możecie go stosować na dzień pod makijaż, ale również na noc. Przede wszystkim dobrze radzi sobie z przyspieszeniem gojenia się wszelkich skórnych wykwitów. Skuteczny jest również w wybielaniu plam wątrobowych - nie znikają, ale redukcja jest widoczna. Kupiłam ten krem w sklepie z azjatyckimi kosmetykami za około 35 zł. Ponieważ był to test zdecydowałam się na wersję z mniejszą zawartością śluzu ślimaka. Są również dostępne wersje droższe do twarzy, serum oraz kremy pod oczy. W zależności od zawartości portfela. Jednym słowem - krem wart uwagi, idealny dla skór mieszanych i tłustych, z problemami. Nie uczula. 

Od wczoraj w mojej łazience zawitał krem polskiej firmy Sylveco (www.sylveco.pl ) produkującej kremy na bazie ekstraktu z kory brzozy, bez składników sztucznych jak silikony czy barwniki. Wybrałam krem brzozowo - rokitnikowy, który ma nawilżać, natłuszczać i niwelować drobne zmarszczki. Pierwsze wrażenie - zaskoczyła mnie konsystencja - ten krem przypomina w dotyku masło. Ma intensywny żółty kolor, dobrze się nakłada i widać od razu, że jest wydajny. Nie ma praktycznie w ogóle zapachu. Można go stosować pod makijaż. Pierwsze wrażenie - jestem mile zaskoczona i liczę na dobre efekty. Wierzę w polskie produkty:). Cena 28 zł.

Od kilku lat stosuję pod oczy magiczny krem regenerujący Oeparol z wiesiołkiem. Ten krem do niedawna był do kupienia jedynie w aptekach, ale zdaje się, że firma postawiła na reklamę i teraz również w drogeriach jest do dostania. Krem z żółtym kwiatkiem na opakowaniu stosuję od dawna na dzień i noc. Mam bardzo suchą skórę pod oczami i długo szukałam mojego faworyta. Krem dobrze się rozprowadza, jest wydajny, nie uczula, dobrze się wchłania i nadaje się pod makijaż. Nie mam potrzeby wklepywania go w ciągu dnia - skóra jest nawilżona przez cały dzień. Wersja obok - krem odżywczy - mam od dwóch tygodni i nie jestem zadowolona. Krem ma konsystencję żelu, dobrze i szybko się wchłania niemniej dla mojej suchej skóry nie wystarcza. Stosuję go na noc i faktycznie zmniejsza obrzęki przy krótkim śnie natomiast w moim przypadku kompletnie się nie sprawdza na dzień i pod makijaż. Reasumując - polecam oba - dobierzcie dla siebie wersję zgodnie z własną skórą:). Cena około 20 zł.



W mojej kosmetyczce oprócz naturalnych mydeł i tych trzech kremów stałe miejsce znalazł również miód (naturalny, a nie z Tesco!), sól oraz glinka marokańska. Dwa razy w tygodniu przygotowuję peeling - mieszam łyżkę miodu z łyżką soli drobnoziarnistej i kroplą olejku arganowego. Stosuję ten peeling do złuszczania skóry twarzy, ale rewelacyjnie sprawdza się również do... stóp. Po tym peelingu skóra jest miękka i nawilżona. Raz czy dwa spróbowałam również wersji biały ser plus brązowy cukier - też rewelacyjnie sprawdza się na twarzy. Po peelingu nakładam na twarz maseczkę z glinki marokańskiej. Glinkę kupuje się w postaci pokruszonego, wysuszonego błota. Trzeba dodać do niej wody i olejku, wymieszać drewnianą łyżką. Jak już uzyskacie konsystencję błota można nakładać na twarz - pomocna okazuje się tutaj drewniana szpatułka. Maseczkę zostawiam na około 20 minut, następnie zmywam ostrożnie! letnią wodą. Pamiętajcie, aby zmywać maskę delikatnie nie podrażniając skóry. Po tej maseczce skóra jest oczyszczona i nawilżona, miękka i miła w dotyku.

Oprócz tych dobrodziejstw natury pamiętam zawsze o magicznym olejku arganowym z Maroka, który dodaję i do glinki i do peelingów, a oprócz tego stosuję go dwa - trzy razy w tygodniu zamiast kremu na noc, najczęściej właśnie po tych dłuższych zabiegach ze złuszczaniem skóry.

Żaden z tych produktów mnie nie uczulił, po żadnym nie mam efektów ubocznych. Stosuję te kosmetyki od kilku miesięcy i widzę pozytywne efekty. Pozbyłam się powracających wykwitów skórnych, uczucia napięcia skóry po każdym zmyciu makijażu, pierwsze zmarszczki na czole i wokół ust są, ale raczej jako efekt uśmiechania się niż starzenia:). Jednym słowem warto.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz