środa, 12 lutego 2014

Sydney 26/01/2014

A udało Wam się kiedyś zacząć dzień od uruchomienia alarmu przeciwpożarowego w hotelu? Nam się udało, bo zachciało się tostów, a maszyna odmówiła wydawania grzanek:). Czekałam aż lunie woda z tryskaczy, ale niestety nic takiego nie nastąpiło. A potem dzień szedł już gładko. Pogoda przyjemna chociaż na tej szerokości geograficznej słońce jest mocno zdradliwe - nawet zza chmur opala i to porządnie. Dziś Dzień Australii, a my przez zupełny przypadek jesteśmy tutaj, w centrum wielkiej fety.
Na ulicach Sydney setki ludzi, rozradowani, z balonami, flagami na policzkach, uśmiechnięci świętują swój dzień. Na wybrzeżu moc atrakcji, my płyniemy na przedmieścia Sydney - The Manly. Chwila oddechu, trochę spokojniej. Też sporo ludzi spacerujących między niską zabudową, sklepy, sklepiki, knajpki. I plaża, na której wyścigi łódek. I psy, dużo psów. W przeciwieństwie do Nowej Zelandii, gdzie ciężko uraczyć psa czy kota, tutaj na smyczy pełno psiaków. Popołudnie miło spędzone i wracamy do centrum. Można przebierać w atrakcjach, ulice pełne spacerowiczów. W The Rocks, najstarszej dzielnicy, targ z rękodziełem. Masz ochotę na koncert? Proszę bardzo. A może chcesz sam spróbować jak smakuje scena? Ot i w karaoke można wziąć udział. Może balonika? A może wystawa starych zabytkowych samochodów? A zaraz koło nich Hyde Park z całym miasteczkiem atrakcji.... A my czekamy na wieczór - najlepszy jaki widziałam w życiu pokaz fajerwerków. Całe 20 minut wraz z muzyką, a sama końcówka... oszałamiająca! Nie mam zdjęć, bo raz, że żadne nie oddało by tego niesamowitego pokazu, dwa, że szczęka mi opadła i wolałam egoistycznie podziwiać:).


































Brak komentarzy:

Prześlij komentarz