środa, 12 lutego 2014

Uluru 27/01/2014



Czterdzieści trzy stopnie Celsjusza. Zero cienia. Pustynia. I Uluru, święta góra Aborygenów. Czerwony monolit po środku pustyni. Wysokość około 300 metrów, obwód 8 kilometrów. Kolor zawdzięcza zawartości minerałów z tlenkiem żelaza. Prawdopodobnie Uluru jest częścią większej formacji skalnej, którą tworzy z Kata Tjuta, skałami leżącymi niedaleko, które również odwiedziłam. Uluru zawdzięcza swoje istnienie skałom, z jakich jest zbudowane – piaskowce prekambryjskie są na tyle twarde, że nie poddały się procesom erozji tak łatwo, jak otoczenie.
I co najważniejsze jest przez Aborygenów traktowane jak święta góra, a u podnóża Uluru znajduje się sporo malowideł ściennych wyrażających wiarę autochtonów w moc tej skały. Sami Aborygeni nie należą do najurodziwszych. Nie odważyłam się im pstryknąć zdjęcia. Niscy, bardzo ciemna skóra, włosy jak by piorun strzelił, szeroki nos, ostre rysy twarzy. Nie mieli łatwo w swej historii. Pierwsi biali osadnicy zapragnęli Australii dla siebie, poczęstowali Aborygenów alkoholem i dziś lud ten klepie biedę i popada w alkoholizm. Smutne... Dzisiejsza noc na pustyni. I tutaj kończy się moja przygoda na antypodach. Jeszcze jeden dzień i noc w Sydney, ostatnie Pinot Noir z lokalnego szczepu i w samolot na 30 godzin. Warto było przemęczyć się te kilkadziesiąt godzin. A Australia czeka – next time, zaraz po Indiach, Czarnej Afryce i Atakamie.



















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz