Berlin mnie zaskoczył. Nigdy nie myślałam o Niemczech, że cokolwiek w tym kraju może być interesujące z punktu widzenia turysty. A jednak! I przyznaję, że jestem pozytywnie zaskoczona. Berlin od Wrocławia dzieli 3,5 godziny autostradą więc nawet na jednodniowy wypad nie jest to miejsce zbyt odległe. Bardzo dobra siatka transportu publicznego pozwala na zostawienie auta na parkingu w jednej z dzielnic z dala od centrum i udanie się do każdej najbardziej charakterystycznej atrakcji kolejką miejską, metrem, autobusem lub/i tramwajem. Na każdej stacji znajdziemy mapę połączeń oraz automat z biletami (można płacić kartą).
Plan zwiedzania Berlina rozpoczynał się od miłego wieczoru wśród dzieł Picassa. W Muzeum Berggruen można podziwiać zarówno płótna, jak i grafiki czy kolaże artysty z wszystkich niemal okresów jego twórczości. Gratka dla miłośników sztuki i to gratka zaledwie 3,5 godziny od Wrocławia. Rozczarowana jestem jednym - że z okresu niebieskiego, kiedy to Picasso rozwijał skrzydła, był właściwie tylko jeden obraz. Plus jest taki, że teraz czas odwiedzić Barcelonę, by zaspokoić głód podziwiania. Wieczór z Picasso rozpoczął Berlińską przygodę. A na kolację prawdziwy kebab w tureckiej restauracji.
Cała sobota upłynęła w promieniach cudnie grzejącego słońca. Gdyby nie one to myślę, że przy temperaturze "aż" kilku stopni dzień upłynąłby na przesiadywaniu w kawiarniach lub leżeniu w łóżku. Słonko dogrzewało stojących w kolejce do Wieży Telewizyjnej już przed 9 rano. O 9 otworzono kasy i tłum zgrabnie wtoczył się do wind, aby z wysokości 204 metrów podziwiać panoramę miasta. Stąd idealnie widać jak duże jest to miasto i widać jak część wschodnia różni się pod względem architektury od zachodniej.
Po obejrzeniu panoramy nastał czas na śniadanie z kawą w miłym towarzystwie, a zaraz potem na 10-godzinny spacer z wszystkimi znanymi miejscami wartymi zobaczenia. W centrum miasta Brama Brandenburska, która graniczy z Parkiem Tiergarten i budynkiem Reichstagu. Wokół tłumy turystów, a język polski słychać zewsząd. Historia Bramy Brandenburskiej, szczególnie z czasów współczesnych, bo Bramę wybudowano w 1734 roku, jest ciekawa. Stała ona na linii Muru Berlińskiego i w czasach jego istnienia nikt oprócz tak naprawdę dygnitarzy odwiedzających Berlin nie miał prawa jej przekroczyć. Jest chyba najbardziej rozpoznawalnym miejscem w Berlinie.
Niedaleko Bramy Brandenburskiej oraz Reichstagu znajduje się plac z charakterystycznym memoriałem ku czci zabitych w czasie II wojny światowej Żydów. Na ogromnym placu stoją równoległe do siebie 2711 betonowe bloki, których liczba nawiązuje do ilości stron Talmudu. Pomnik powstał w 2003/2004 roku. Jest zlokalizowany na otwartym terenie i jest dostępny bez żadnych opłat.
Stąd spacerkiem wraz z falą turystów pomknęłam w kierunku Potsdamer Platz. Plac Poczdamski przecina linia Muru Berlińskiego, wzdłuż której ustawione są pozostałości po nim. Po zburzeniu Muru plac został podzielony na cztery części i sprzedany czterem różnym inwestorom. Miało to zachęcić ich do zagospodarowania tej części miasta, która w czasie Zimnej Wojny zupełnie się wyludniła. Dziś Plac Poczdamski to nowoczesne budownictwo, szklane biurowce oraz Sony Center z charakterystycznym futurystycznym niemal dachem.
Niemal każde odwiedzane przez nas miejsce naznaczone jest obecnością Muru Berlińskiego. Przyznaję, że ciężko mi pojąć jak możliwe było podzielenie miasta na dwie części i traktowanie ich jak przynależne do zupełnie innych państw. Granica, zasieki, wojsko.... Przy Charlie Checkpoint dziś stoi nadal budka graniczna, a obok utworzono małe muzeum Muru Berlińskiego wraz ze zdjęciami z czasów jego istnienia. To było chyba najbardziej znane przejście graniczne między Berlinem Wschodnim a Zachodnim.
Przy Charlie Checkpoint tłumy turystów, a dwie ulice dalej błogi spokój i chwila na lekki spacer w stronę Gendarmenmarkt. Na tym placu stoją trzy monumentalne budowle - dwie katedry oraz sala koncertowa. Wszystkie trzy utrzymane w tym samym 17-wiecznym stylu, a pośrodku pomnik Schillera. Zaraz obok mała restauracyjka na świeżym powietrzu, która okazała się wybornym miejscem odpoczynku w słońcu z Paulanerem z pianką w dłoni. Bardzo sympatycznie.
Po godzinnym odpoczywaniu czas w drogę. Ulicami Berlina zmieniamy zupełnie lokalizację - Wyspa Muzeów. Brzmi dość tajemniczo, po drodze mijamy jeszcze 12-wieczny kościół przypominający pod względem architektury nasz wrocławski Ostrów Tumski i kierujemy się do miejsca, gdzie zlokalizowanych jest pięć muzeów. Wielki trawnik tonący w słońcu był tak mocno zachęcający, że nie było wielkiego płaczu, gdy okazało się, że kolejka do muzeum z eksponatami z Egiptu jest na co najmniej godzinę stania, a do zamknięcia zostały aż dwie.... Wyspa Muzeów trafia na moją listę "must see" na następny raz:). Uwiecznieniem tego spacerowego słonecznego dnia były hamburgery z toalety.... Nieco dalej od centrum, w dzielnicy, w której ewidentnie królują młodzi wyluzowani ludzi, pod wiaduktem kolejki miejskiej chłopaki w zagospodarowanej na ten cel dawnej toalecie miejskiej smażą kotlety i podają je w bułce wraz z frytkami. Dobre!
Sobota upłynęła miło, pogoda wbrew obawom dopisała, twarz nawet pokryła się lekką opalenizną, a wieczór z winem i gorącym prysznicem był niczym wisienka na torcie. I jeszcze tu wrócę!
A dodatkowo trzeba będzie zrealizować powstały na prędce plan wyprawy rowerowej do Poczdamu. Poczdam położony jest około 30 km od Berlina i znany jest głównie ze swojego zespołu pałacowego. Między zabudowaniami jest ogromny park z fontannami i kwiatami. Idealne miejsce na jednodniową wycieczkę relaksacyjną.
Słowem podsumowania Berlin warto zobaczyć. Na pewno tutaj jeszcze przyjadę choćby po to, aby spędzić dzień na Wyspie Muzeów i odstać swoje w kolejce do kas. A przy okazji wizyty w Berlinie powstał pomysł odwiedzenia pozostałych dużych miast w Europie. Lista otwarta, trzeba poszukać biletów na lot i fruuuu!



































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz