czwartek, 8 września 2011

Pierwsze kroki na amerykańskiej ziemi

7.09.2011 wtorek
Po 15 godzinach w samolotach dobrze w końcu postawić stopę na lądzie. Amerykanie bynajmniej nie sprawiają wrażenia ludzi zadowolonych z życia, ale na kontroli imigracyjnej obyło się bez problemów. Walizki dotarły też w całości. Sama podróż trwała sporo – lot do Amsterdamu z Warszawy to pikuś, bo trwał tylko dwie godziny. Natomiast jak już się usadowiliśmy w samolocie do LA to po jakiś trzech godzinach zaczęłam odczuwam kryzys.J
Bardzo chciałam wysiąść! No, ale skoro już wlazłam na pokład to nie było odwrotu. Wrażenie tylko zabawne nieco – dzień trwał 24 godziny. Non stop słońce. Odkąd opuściliśmy Warszawę aż do LA. Niczym never ending story…
Samo Los Angeles pozostanie w mej pamięci jako betonowe miasto z 5-pasmowymi drogami i megakorkami. Hotel, w którym spaliśmy – z basenem nota bene – znajdował się przy Hollywood Bulvard jakieś 2,5 km od słynnego oscarowego Kodak Theatre. Obsługa miła, pokój czysty, zero grzyba w łazience, klima działała. Plan na ten dzień mieliśmy ambitny, ale z racji przestawienia czasu i zmęczenia po podróży zrobiliśmy sobie wycieczkę tylko nad ocean na Santa Monica Beach. Wrażenie niesamowite – szeroka plaża, palmy, ładna architektura, olbrzymie mewy i oczywiście śmieci. Amerykanie przypominają mi pod tym względem naszych Europejczyków znad Morza Śródziemnego – śmieci są wszędobylskie. Ale szczerze nam te śmieci jakoś mało przeszkadzały – marzyliśmy już o położeniu się do łóżka. Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o tajską restaurację (to akurat sporo powiedziane, że to była restauracja) w celu posilenia się, ale niestety – do Tajów już chyba nie zaglądniemy w najbliższym czasie. Pani mówiła tak, że nie byłam w stanie nic zrozumieć. Podała szybko, ale ja np. nie wiedziałam co wybrałam. Okazało się po podaniu, że była to zupa o smaku sosu sojowego lub magii rozcieńczonych z wodą plus obrzydliwe kiełki soi. Najlepsze z tego wszystkiego były  tajskie pierożki-sakiewki z mięsem. Nikt z nas się nie najadł, a później to już padliśmy wręcz i zapadliśmy kamiennym snem aż do 4 rano z minutami. I nie żebyśmy sobie budziki ponastawiali, po prostu tak wyszło. I wyszło na plus, bo mogliśmy o 8 rano wyruszyć w dalszą podróż.
National Rent A Car – dojazd do wypożyczalni jest darmowym autobusem spod lotniska. Wypożyczenie Santa Fe z dużym bagażnikiem i sporą ilością miejsca dla czterech osób, z ubezpieczeniami i pozwoleniem na prowadzenie dla dwóch osób kosztowało nas 580$ bez paliwa.
Hollywood Downtower Inn przy Hollywood Boulvard 5601 – za pokój 4-osobowy z dwoma łóżkami, łazienką, TV, z którego nie korzystaliśmy, lodówką, mikrofalówką, klimatyzacją i suszarką do włosów oraz śniadaniem naprawdę dobrym i wypasionym zapłaciliśmy 115$. Na śniadanie była jajecznica, pieczone ziemniaki, tortilla z warzywami, gofry, pieczywo, owoce, kawa, herbata, sok.
Tajska restauracyjka zaraz koło hotelu – nasza zupa kosztowała koło 7$, zapiekane krewetki także i ryż z mięsem i warzywami koło 8$.
Zdjęcia załączę przy następnym logowaniu :).
Buziaki dla wszystkich, idę do kasyna. Viva Las Vegas!

kawałek Grenlandii z okna samolotu

trasa lotu z Amsterdamu do Los Angeles


plaża w Santa Monica
deptak na Santa Monica

plażowicze na Santa Monica




2 komentarze:

  1. wyglada super, baw sie dobrze aga-korzystaj z zycia i opisuj, aby dane nam bylo chociaz w 1/1000 byc z toba w tym amerykańskim śnie, buziaki GosiaP.

    OdpowiedzUsuń
  2. wow!!! Prawdziwy American Dream!!! zazdrościmy:) Bawcie się dobrze, róbcie dużo zdjęć! Aga pamiętaj o mascarach (obiecałaś:))) Pozdrawiamy Asia i Marcin

    OdpowiedzUsuń