(Post bez zdjęć - awaria:( )
Pobudka skoro świt i na dworzec. Jedziemy nad Czarne Morze! Na dworzec wiezie nas nasz hostelowy taxi driver, który po wylezieniu ze swojego mieszkania na poziomie -0,5 informuje, że jest drunk, bo pił wczoraj chachę czyli ich narodowy bimber:). To jest oczywiście żart. Dworzec w Tbilisi przypomina z zewnątrz Centralny w Warszawie. Jakimś cudem trafiamy na peron i bez znajomości gruzińskiego porozumiewamy się z konduktorką, działa nasz elektorniczny bilet, pakujemy się do przedziału. Pociąg jest ... chiński, ale naprawdę wygląda super. Nie ma przedziałów, skład w sumie ma chyba z cztery wagony. Wszyscy siedzą na kupie, my w pierwszej klasie - szychy z Polszy:) - wraz z nami kilka osób, sami cudzoziemcy. Ruszamy. Pięć godzin oglądania Gruzji z okien pociągu. W czasie jazdy wsiada ekipa trzech mężczyzn i rozdają nam ankiety - robią wywiad o opiniach podróżnych i uwaga! mówią po angielsku, a na pewno jeden z nich:). Miłe zaskoczenie.
Jak wygląda Gruzja? Szaro. To chyba najlepsze określenie. Wszystkie budynki w tym kraju są szare - albo nie mają elewacji wcale i są z pustaków, albo mają elewację, ale nie są pomalowane. Jeśli jakiś jest pomalowany to 40 lat temu.... Domki są małe lub jeszcze mniejsze, mają czterospadowe dachy z blachy pokrytej kurzem i mchem. Okna często są powybijane i uzupełnione jakimiś kartonami, dyktami itp. Generalnie domy często wyglądają jak ruiny i jakby nikt tam nie mieszkał, a mieszka. W Polsce by to nie przeszło:). W ogrodach często leżą jakieś rupiecie, części samochodów, rosną krzaczory i pasą się krowy. Krowy są wszędzie, są mniejsze niż nasze polskie i mają dłuższe włosy. Z której strony by nie patrzeć - moje nowe mieszkanie to jakiś mega luksus i nie do pomyślenia w tym kraju. Jeszcze, mam nadzieję:).
I tak jedziemy pięć godzin i w końcu morze. Batumi to inny świat. To miasto jest stolicą kraju w kraju - a la Osetia. Zdaje się, że nazywa się Adjara. Mają swojego prezydenta i rząd. Są autonomiczną częścią Gruzji. I tutaj jest naprawdę inna Gruzja. Sporo się buduje, sporo pomników, skwerów, palmy, deptak - jednym słowem kolorowo i nawet ładnie. Niestety im dalej od plaży tym więcej szarości i tych ich minisklepików-dziur. Wygląda to tak - odrapana kamienica i nagle okienko na poziomie kolan, w środku babuszka i ma jakiś 1m2 dla siebie. Zaopatrzenie - alkohol, woda i papierosy:). Takie sklepiki są na każdym kroku. Rzeź:). Ale klimat jest, a to najważniejsze.
Zepsuła nam się niestety pogoda, jest pochmurnie i chłodno. Jutro wybieramy się do polecanego wszędzie Ogrodu Botanicznego. A poniżej parę zdjęć. Mam nadzieję, że karta nie padnie, bo chyba trafi mnie coś wielkiego z nieba!!:)
Taaa... trzeba było zmienić sprzęt za wczasu ;)
OdpowiedzUsuńTelefonem rób...